Carpe diem , czyli anarchia cukrzyka.

przez

Ile razy można pisać o tym samym? W jaki jeszcze sposób obrócić bryłę tematu choroby, której i tak mam czasem powyżej uszu ? Jest ze mną we dnie i w nocy, w tramwaju i w toalecie, w pracy i w kinie, na rowerze, na spacerze, na imprezie, na koncercie, na szkoleniu…i jak najbardziej –przy jedzeniu, w samotności i na randce, wśród przyjaciół i wśród wrogów, na egzaminie i w samolocie, w kraju i za granicą, w chwilach najbardziej intymnych i najbardziej publicznych, dobrych i złych. Ona, ona, ona, ona! Do tego, zołza, uzurpuje sobie prawo do zagarnięcia druku ! Bezczelna i bezwzględna cukrzyca. Zapomnieć o tym demonie. Uwolnić się od niej! Jednak, paradoksalnie, dopiero kiedy jej nie widzę, mogę spodziewać się najgorszego. To właśnie wtedy diablica wskakuje mi na plecy, kopie w nerki i chce wydrapać oczy. Trochę jak w baśniach o śmiałkach podróżujących w poszukiwaniu żywej wody. Ale to prawda, a nie baśń. Jeśli zacznę udawać, że wcale nie jestem chora, to prawdopodobnie: zacznę zajadać zakazane przysmaki na zasadzie „dostrzyknie się” albo/i pracować jak szalona, zapominając o posiłkach, pomiarach poziomów albo/i imprezować przy akompaniamencie alkoholu albo/i mieć w nosie aktywność fizyczną lub ruszać się intensywnie, nie zmieniając dawek insuliny albo/i próbować „metod alternatywnych” (w dramatycznych przypadkach).Nie myślcie że to wszystko „stosuję”. Postanowiłam siebie wyeksponować jako królika doświadczalnego, żeby nie mówić o ogółach i w imieniu wszystkich. Co jeszcze głupiego można robić żeby udawać zdrowego? Carpe diem? Oczywiście nikt nie jest ze stali. Chwile słabości to rzecz ludzka. Może warto im się przyjrzeć, aby za chwilę móc lepiej się sobą zaopiekować, poświęcać sobie i swojej chorobie więcej uwagi?
Na koniec chcę jeszcze raz baczniej przyjrzeć się dwóm, spośród wymienionych powyżej, „radosnym sposobom samo oszustwa”. Dostrzykiwanie. Kto z nas, i jak często, zastanawia się nad tym, że jest to najprostsza droga ku insulino oporności? Zjem sobie ciasteczko- dostrzyknę. Zjem sobie pizzę- dostrzyknę kilka razy. Zjem sobie dużą porcję ruskich –dostrzyknę. Na świąteczną ucztę – zwiększę dawki i jeszcze dostrzyknę itd. itp. Waga rośnie, zapotrzebowanie na insulinę rośnie i apetyt też rośnie. W końcu organizm przestaje „widzieć” insulinę. Bywa tak, jakby wstrzykiwało się sól fizjologiczną, albo coś jeszcze bardziej neutralnego.
Alkohol. Na każdych szkoleniach przestrzega się nas przed spożywaniem alkoholu. Słyszymy o tym, że jest to „sport” o tyle niebezpieczny, że najpierw gwałtownie podwyższa poziom cukru we krwi, a później- równie gwałtownie- obniża. W komplecie są jeszcze standardowe następstwa (dotyczące wszystkich spożywających nadmiarowo) czyli utrata kontroli i „błoga” nieświadomość. Edukatorki diabetologiczne ostrzegają nas też niezmordowanie, że jeśli w tym stanie padniemy choćby na środku chodnika, to z uwagi na zapach, nikt nie będzie skory pospieszyć nam z pomocą. Do tego momentu wszystko niby wiemy. Ale! Jak większość z nas wyobraża sobie koniec tej wątpliwej „przygody”? Wydaje mi się, że raczej widzimy śmierć, zejście, kaplicę, koniec. Wcale jednak nie musi się to skończyć tylko w ten jeden, definitywny, sposób. Być może ktoś w ostatniej chwili zadzwoni na 112 i nawet zdążą przyjechać i pomóc na tyle, że przeżyjemy. Niestety tak głęboka hipoglikemia jest władna” spowodować olbrzymie zmiany w mózgu. One zaś mogą oznaczać utratę bardzo wielu życiowych funkcji. Dalej tej wizji nie rozwijam. Carpe diem?
urbegal

Partnerzy


Reklama

Strona korzysta
z plików Cookies.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na ich używanie.