Gest Historyczny – dla tych co na peny narzekają

przez

Gest historyczny. Właściwie niejeden.

(dla tych, co na peny narzekają i nie tylko)

 

Palec do budki, kto w czasach PRLu został, jako osoba chorująca na cukrzycę, poratowany darami!

Pamiętam początki : musujący test z fiolką na mocz. Insulina nisko oczyszczona – również w fiolkach , przeliczanie jednostek. sterylizator ,strzykawka do sterylizacji, igły sterylizowane nr 5. Niektóre w ciało w miarę wchodziły, ale przy wyciąganiu stawiały sporo oporu. Po drodze przetestowałam  jeszcze cudowny polski wynalazek w postaci „automatu” do wbijania igły ze strzykawką . Miało to ustrojstwo postać żółtego plastikowego pistoletu ze  sprężyną. Prezentacji jego działania dokonał nieco dziwny praktykant w szpitalu w Raciborzu, gdzie trafiłam zaraz po rozpoznaniu choroby. Osobnik ów naciągnął  pistolet, umieścił strzykawkę we wskazanym przez instrukcję miejscu i…nacisnął spust. Szarpnęło ręką praktykanta prawie jak przy wystrzale z prawdziwej giwery. Igła poleciała osobno, szklana strzykawka osobno (udało jej się uniknąć rozbicia). Na ten widok ogarnęło mnie przerażenie.  Reakcji  zapewne łatwo się domyślić : …ttttooo  mmmooożeee ja już samaaa, własną ręką, wbiję tę igłę.

W poradni przy Wrońskiego we Wrocławiu udawało się c o jakiś czas dostać ze dwie paczki po 10 sztuk INSULINÓWEK JEDNORAZOWYCH- z darów. Bywały takie z czerwonymi oraz takie z pomarańczowymi zatyczkami. Jak się nabierało do tych pomarańczowych, to trudniej było przeliczyć jednostki. A! Przypomniało mi się: Do tych czerwonych po prostu insuliny się nabierało w proporcji 1 kreska = 1 jednostka. To było wspaniałe! Ale zdarzyła się rzecz jeszcze cudowniejsza :  Jakiś Dobry Człowiek z Niemiec Zachodnich przysłał bezpośrednio do mnie nieduże pudełeczko z magiczną zawartością. Był tam PRAWDZIWA AUTOMATYCZNA STRZYKAWKA. Także do sterylizacji, ale – w odróżnieniu od żółtego pistoletu- jej konstrukcję dobrze przemyślano. Automat działał sprawnie i bez gwałtowności właściwej żółtemu.  Wszystkie igły były ostre, nawet  po iluś tam sterylizacjach. Służył  mi dobrze. Do dzisiaj żałuję, że rodzice nie zachowali adresu mojego Darczyńcy. Nie udało mi się mu nigdy podziękować. Nie wiem, czy ta osoba jeszcze żyje? A już na pewno tego w tej chwili nie czyta. Ale chociaż symbolicznie powiem DZIĘKUJĘ, TO BYŁ WSPANIAŁY GEST.

Potem dojeżdżałam do szkoły średniej i  używałam już tylko jednorazówek- oczywiście wielokrotnie. Jeszcze później nie trzeba było ich używać aż tak oszczędnie, bo stały się dość powszechne. Wtedy chyba udało mi się z kliniki wypożyczyć (?)pierwszy glucometr… Dość długo marzyłam o własnym.

Ps

Z tych darów były jeszcze bonusy:  na przykład konfitury dla diabetyków i pamiętne „Gerbeki”, czyli nieosiągalne wtedy u nas desery owocowe dla niemowląt. Szkoda, że nie wiem, co Wam spadło z nieba.

urbegal

Partnerzy


Reklama

Strona korzysta
z plików Cookies.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na ich używanie.